Józek Ciesielka z Tylmanowej.
Fot. Jurek Jurecki |
|
Nasz dziennikarz dotarł do Port au Prince na Haiti. Udało się mu porozmawiać z naszymi ratownikami na ogarniętej chaosem wyspie. Oto jego relacja:
W sobotę nad ranem okazało się, że polscy ratownicy jednak nie odlecieli z Haiti Trzeba było więc, jak najszybciej dotrzeć na lotnisko, aby spotkać się z ratownikami jeszcze tu, na miejscu tragedii.
Na szczę¶cie okazało się, że tuż przy ruinach hotelu, gdzie rozbiłem namiot, na okazję czeka kilkudziesięciu haitańskich chłopaków na motocyklach.
Od pocz±tku służ± pomoc± przewodnick±, ale przede wszystkich błyskawicznym transportem. Po kilkunastu minutach trzeba było jeszcze oszukać amerykańskich żołnierzy, którzy przejęli kontrolę nad lotniskiem i zablokowali wej¶cie na płytę, a na dziennikarzy maj± szczególn± alergię.
Ratownicy nie wygl±dali na wypoczętych. Okazało się, że spali pod gołym niebem, bo cały ekwipunek zapakowali dzień wcze¶niej, licz±c na uzgodniony wylot.
Józek Ciesielka z Tylmanowej to do¶wiadczony strażak, ratownik. Należy do zawodowców, więc tej misji nie odbiera szczególnie wyj±tkowo. Oczywi¶cie rozmiar katastrofy jest niewyobrażalny – mówi. Podobnie jak inni z całej grupy wykonywał zadania poszukiwawcze.
Trafiali na martwe osoby, widzieli trupy leż±ce na nu ulicy. Ciesielka potwierdza niezwykło¶ć zachowania tubylców, którzy do¶ć obojętnie podchodzili do zmarłych.
Polscy ratownicy opowiadaj± też, że niezwykłe było, iż nie podejmowali się sami szukać swoich s±siadów, bliskich – Nie byli skłonni do wzajemnej pomocy – przekonuje Ciesielka.
Więcej w papierowym wydaniu Tygodnika Podhalańskiego
Jurek Jurecki Port Au Prince, Haiti
|