|
Od wielu lat trwa walka między przedstawicielami stowarzyszeń chroniących zwierzęta, a góralami wożącymi turystów na drodze do Morskiego Oka. Na skutek interwencji ochroniarzy Tatrzański Park Narodowy kilka lat temu ograniczył liczbę turystów, którzy mogą wsiadać na wóz.
Jak twierdzi jeden z turystów, 14 lipca, na jednym z wozów ta liczba została przekroczona.
- Gdy dojechaliśmy do Włosienicy, gdzie kończy się trasa widać było, że koń jest straszliwie przemęczony. Słaniał się na nogach, w końcu upadł. Później dowiedzieliśmy się, że nie przeżył. Rozmawialiśmy też z woźnicą. Tłumaczył, że był to atak serca. Moim zdaniem koń padł z przemęczenia - mówi turysta, który całe zdarzenie nakręcił kamerą i umieścił na portalu YouTube.
W niedzielę autor usunął nagranie z internetu. Jak mówi, obawia się zemsty ze strony górala. Tymczasem woźnica dzwonił do naszej redakcji. Był oburzony, że jego wizerunek ujawniono w internecie. Tłumaczył, że koń nie był przeciążony. Według niego nic się nie stało, bo zdarza się, że na drodze do Morskiego Oka na serce umierają też ludzie.
Na filmie widać jak padającego konia próbuje postawić na nogi woźnica. Okłada go lejcami. - Ino się przegrzoł - mówi góral do przechodzących obok turystów.
Tatrzańskie Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami w piątek zgłosiło sprawę do prokuratury.
- Naszym zdaniem woźnica ewidentnie zamęczył konia, bo już w połowie drogi widać było, że zwierzę ledwo żyje - powiedziała Tygodnikowi Beata Czerska z TTOnZ.
Cały tekst na ten temat w czwartkowym wydaniu Tygodnika.
p |